BOGU JEDYNEMU CHWAŁA - POZNAŃSKIE WIELBIENIE
Wielki banner z napisem "Bogu jedynemu chwała" w tle sceny, na której w skupieniu ustawiają i
instalują swe instrumenty muzycy. Z boku kilkunastoosobowy chór rozgrzewa swe gardła i rozluźnia
mięśnie twarzy. Jest kwietniowa niedziela 2003 - Niedziela Miłosierdzia. Na Placu Wolności w
Poznaniu gromadzi się coraz więcej osób. Złowrogie, ciemne chmury nadciągające z zachodu wydają
się zwiastować coś niedobrego. Na pół godziny przed planowanym rozpoczęciem oberwanie chmury.
W jednej chwili plac całkowicie pustoszeje, ludzie rozpierzchają się na strony, chroniąc pod
arkadami. Jakby ktoś chciał sobie zadrwić z nas i naszych planów. Na szczęście jednak to, co
gwałtownie nadciągnęło, równie szybko przeminęło, pozostawiając po sobie wielkie kałuże wody i
ociekające zadaszenie sceny. Wraz z pierwszymi dźwiękami instrumentów i pieśni wygląda słońce,
którego promienie na pewno rozpięły gdzieś na niebie tęczę, niewidoczną dla nas z racji
okalających plac wysokich domów. Hojny jest dla nas Pan, wylewając się tak rzęsiście i
rozpogadzając teraz nad nami Swoje Oblicze. Uwielbienie Pana płynie ze sceny. Każdy w sobie
właściwy sposób wielbi Go według tego, co otrzymał. Wszystkie te głosy i dźwięki łączą się w
jeden potężny akord uwielbienia wielkości, miłości, wszechmocy i mądrości Boga - Stwórcy
wszelkiego Piękna. Kiedy człowiek dostrzega w sobie obecność Boga, dotknięcia Jego Miłością,
nie może powstrzymać wdzięczności rodzącej się w sercu. Musi stanąć w prostocie dziecka,
wyciągającego swe ręce do Ojca i trwać przed Nim, swoim Stwórcą. Czasami człowiek chce
wykrzyczeć, wyśpiewać, wyklaskać, wytańczyć tę radość, bo to jest sensem życia tu na ziemi,
by Imię Pana było zawsze na jego ustach i w jego sercu. Stopniowo widać, jak wśród obecnych
pęka zażenowanie, rozwiązują się usta i ręce, porywa zapał i entuzjazm. To wielkie doświadczenie
jedności i siły w Panu. Wraz z końcowym błogosławieństwem spadają pierwsze krople deszczu.
*
Inicjatywa "Niedzielne wielbienie Boga" trwa w Poznaniu już trzeci rok. Zrodziła się podczas
rekolekcji dla muzyków w Rzepedzi, w których brał udział Poldek (Leopold Twardowski). Trudno
powiedzieć, czy było to nagłe olśnienie, czy objawienie. Jeśli Pan Bóg ma jakiś plan, zaszczepia
w sercu człowieka niesprecyzowaną tęsknotę za czymś, jakąś myśl, która powoli kiełkuje, by
wreszcie w sprzyjających okolicznościach ukazać się w całej pełni jako jasne i pewne
przeświadczenie, że tędy wiedzie droga. Chyba coś podobnego musiało wtedy zaistnieć, gdyż po
tych rekolekcjach Poldek przyjechał pełen entuzjazmu i pokoju co do słuszności w rozeznaniu
swego powołania jako muzyka. Nie wiedział jeszcze, jak pozbierać rozsianych po bezdrożach swych
kolegów muzyków, z jakim oddźwiękiem zostanie przyjęty jego projekt, czy znajdzie się także
miejsce, w którym będzie go można zrealizować. Pewne były dwie rzeczy, że ma to być uwielbienie
i muzyka. Uwielbienie - bo jest to najczystsza, najprostsza i najbardziej bezinteresowna
relacja do Pana Boga. Muzyka - bo dla artysty jest ona najbliższą, wypływającą z serca formą
wyrażenia siebie.
Muzyczne wielbienie Boga. Do muzyków Poldek zwracał się bardzo bezpośrednio: zawiązuje się taka
inicjatywa, zagrasz ? Najczęściej się zgadzali. To najprzedniejsi muzycy, instrumentaliści,
koncertujący w Polsce i poza granicami kraju. Poldek nie pytał o ich relacje z Panem Bogiem i
z Kościołem. Wystarczyło, że są na tyle otwarci, by uznać swój talent muzyczny jako dar, którym
mogą Boga uwielbić. Pan Bóg ma swoje drogi, którymi dociera do człowieka, nikogo nie
przekreślając, nie przymuszając, ale zawsze przygarniając.
Do realizacji tych działań został wybrany Kościół O.O. Dominikanów. To miejsce centralnie
położone, sprzyjające rozwojowi różnych inicjatyw, dobrze kojarzy się w środowisku artystycznym.
Od lat Poldek przychodzi tutaj w niedzielę z żoną i dziećmi na "dziesiątki rodzinne", dobrze
się tu czują.
Pierwsze wielbienie przypadło na ostatnią niedzielę września 2001 roku. I tak już pozostało. W
każdą ostatnią niedzielę miesiąca o godz. 13.00 w kościele przy klasztorze O.O. Dominikanów
gromadzą się muzycy, chórzyści i wierni, by celebrować Eucharystię, a po Niej trwać w
uwielbieniu przed Panem, w całkowitej wolności i radości. To jakby zanurzenie w szczęściu,
albo kosztowanie nieba już tu na ziemi, choć nie zawsze idące w parze z uczuciowym przeżywaniem.
Wielbienie żyje swoim rytmem, forma wciąż ewoluuje, odkrywając nowe przestrzenie. Z nastaniem
wiosny 2003 przyszło pragnienie wyniesienia wielbienia "z murów kościoła" na świeże powietrze,
by tu pod niebem wyśpiewywać Chwałę Panu wraz z całym jego stworzeniem. Istotą tych spotkań jest
wielbienie Pana tylko dla Niego samego. Jest to pragnienie wpisane w naturę człowieka i potrzeba
uwielbiania Tego, który go stworzył. Uwielbienie staje się także spoiwem łączącym różne
wspólnoty i płaszczyzną porozumienia dla chrześcijan różnych wyznań.
Wielbienie musi trwać nie tylko od święta. Nie jako show dla i przed ludźmi. Dzień po dniu
trzeba przeżywać je w swoim życiu: w borykaniu się z samym sobą, monotonii, w chwilach
podniosłych i upadkach. Tylko wtedy będzie to autentyczne przed Panem.
*
Kiedy św. Jan od Krzyża, posługując się w nauczaniu życia duchowego schematem drogi pełnej
wyrzeczeń i rezygnacji z dóbr doczesnych ku górze doskonałości, dociera na szczyt Karmel,
ze zdumieniem stwierdza, że przebywa tam sama tylko cześć i chwała Boża.
Bardzo lubię to odniesienie do góry, bo stojąc na jej szczycie można ogarnąć wzrokiem
niezmierzoną przestrzeń, odetchnąć pełną piersią, poczuć prawdziwą wolność i ... zachwycić się.
Zachwyt to dobre określenie dla uwielbienia, by wyrazić to, co tak naprawdę pozostanie
niewyrażalne, co nie zmieści się w żadnym wyobrażeniu, czy formie, ale dotyka samego centrum
mojej istoty. Bo w każdym jest ten rys Boży, który woła, nie daje spokoju, którego nie da się
niczym zagłuszyć. Myślę o tym, kiedy schodzę z mojej góry Zachwytu i wracam do męża, dzieci i
obowiązków. Z jednej strony tyle spraw, które niesie z sobą życie, z drugiej uwielbienie i
wysławianie Boga przez oderwanie serca od wszystkiego, co nie jest Bogiem.
Oto treść i sens mojego życia, by uwielbienie wypełniało je i godziło ze sobą. Kiedy po
morderczym dniu pracy, nieprzytomna ze zmęczenia pochylam się nad śpiącymi dziećmi, jeszcze
słyszę ten gwar, wrzawę, mój podniesiony głos, zniecierpliwienie i złość. To wszystko przerwane
teraz nagle kojącą ciszą, nabiera innego wymiaru. Stać mnie jeszcze tylko na to, by wprowadzić
Światło w zaistniałe sytuacje, napięte relacje i powierzyć Panu moją bezsilność i bezradność.
Wiem również, że trudno mi będzie wieczorem w tym zmęczeniu wyjść naprzeciw powracającego z
pracy męża z radosną twarzą i pogodnym obliczem. Potykam się o własne słowa, nieumiejętność
wypowiedzenia tego, co w moim sercu, plączą mi się kolejne ukochane dotąd zdrowaśki. To tak,
jakby sam Pan zatrzymał to wszystko poza mną, chcąc, bym adorowała Go w ciszy, w zasłuchaniu,
miłosnym zapatrzeniu, wzajemnym udzielaniu się. Dla kochających się wystarczy sama obecność.
Noszę w sobie życie. Fakt ten często skłania mnie do kontemplacji Pana i uwielbiania Go. Tak
jak to dzieciątko jest zanurzone we mnie, w mojej miłości i bezpieczeństwie, tak samo i ja
całkowicie jestem zanurzona w Panu, otoczona Jego Miłością już na zawsze.
Joanna Twardowska, styczeń 2004
* * *
Kiedy patrzę w twarz mojego najmłodszego synka, którego karmiąc przytulam
do piersi, jak całym swoim ciałkiem wtula się we mnie, jak bacznie wpatruje we mnie swoje oczy,
obserwuje każdy najmniejszy mój ruch, uświadamiam sobie, że dla niego jestem całym światem. W
mojej twarzy, w moim spojrzeniu odnajduje potwierdzenie siebie, w moim dotyku odczuwa pełną
miłości akceptację, u mnie szuka rozwiązania swoich wątpliwości, o mój spokój rozbija się jego
emocjonalna niedojrzałość. Patrzę na jego zamknięte oczka, jest mu tak dobrze w tym spoczywaniu
we mnie, że powoli odpływa w sen. Pochylona nad nim snuję rozważania o modlitwie i pracy i myślę,
że nie ma lepszej okazji do czynnego wprowadzenia ich w życie, jak ta chwila tu i teraz, w której
mogę uwielbiać Pana w mym dziecku, w tym, jak go pięknie ukształtował i wyposażył w zdolności i
umiejętności.
Przyjęło się mówić o pracy w kontekście działania zawodowego poza domem, jakby zapominając, że
twórcze bycie z dziećmi, towarzyszenie im na co dzień jest ogromną pracą, wymagającą nierzadko
wiele wysiłku i samozaparcia. Pan postawił przede mną zadanie niezwykłe. Mogę powiedzieć, że
uczestniczę w wypełnianiu Jego zamysłu, gdyż ze Swej woli obdarował mnie i męża dziećmi, byśmy
stawali się dla nich znakiem Jego obecności i miłości, byśmy tworzyli przestrzeń potrzebną dla ich
dorastania, dojrzewania i rozwoju. A wszystko dla Jego większej chwały.
Nie mam niestety tego szczęścia, by oddać się na wyłączność sprawom domu i dzieci. Praca zawodowa
absorbuje, może mnie rozwijać i uszlachetniać, cieszyć i fascynować lub też stać się przekleństwem,
jeśli nie zachowa się właściwych proporcji, jeśli zdominuje wszystkie inne dziedziny życia i nie
pozostawi niczego poza zmęczeniem, frustracją i rozgoryczeniem. Nie udźwignęłabym chyba tego ogromu
obowiązków, zagonienia, ogarnięcia wszystkiego, co się wydarza w zawrotnym tempie, tej natarczywości
oczekiwań i potrzeb najbliższych, gdyby nie przemienianie tego wszystkiego w modlitwę. Uwielbianie
Pana w każdej chwili, w sytuacjach radosnych i bolesnych, lekkich i trudnych, w relacjach z drugim
człowiekiem, w mężu, dzieciach, moich uczniach. Żadne działanie, nawet jego zamysł, nie ma dla mnie
sensu, jeśli nie wypływa z modlitwy, jeśli wpierw nie spocznie w niej. Tak samo i modlitwa byłaby
pusta, gdyby nie stawała się bodźcem i siłą napędową do wchodzenia w trud pracy. Rozumiem to jako
dynamizm wzajemnego oddziaływania na siebie, współdziałania i zażyłości modlitwy i pracy, z której
dopiero może zrodzić się jakieś dobro.
Kiedy na końcu dnia, wieczorem, ukojona ciszą, trwam w bezruchu przed Panem, jedno pragnienie wypełnia
moje serce, by wtulić się w Niego, tak jak mój synek we mnie.
Niech Pan rozpogodzi nade mną swoje oblicze i rozciągnie Swoje błogosławieństwo nad tym wszystkim,
co wydarzyło się w tym dniu.
Joanna Twardowska, maj 2005
* * *
Uwielbienie jest dla mnie życiem w Bogu.
Uwielbiam Ciebie Boże,
ukryj mnie w głębi Twego Miłosierdzia,
wtedy będę śpiewała dla Ciebie i wywyższała Twoje Święte Imię!
Bóg dał mi życie wieczne, które rozpoczęło się w chwili mego poczęcia. Powołał mnie wtedy do miłości i
do prawdziwego szczęścia. Uświadamiam sobie, że mój Stwórca chciał mnie dla mnie samej, bym żyła w pełni. Otrzymuję bardzo
wiele: radość, miłość, ludzi, których spotykam na drodze mego życia, ale także doświadczam smutku, choroby, grzechu i
słabości. W tym wszystkim Bóg uzdalnia mnie, w swym Duchu Świętym, do oddawania czci i chwały Temu, który jest moim
Początkiem, moim Życiem. Co więcej: ja, która jestem prochem tej ziemi mogę zwracać się do Boga, który jest Wszechmocny.
Mogę oddać Mu, choć odrobinkę wdzięczności za to, że umarł za mnie, dla mego zbawienia.
Jezus Chrystus uczynił dla mnie wszystko, bo nie ma większej miłości, jak oddać życie za drugiego. Na szczęście dana nam
jest wieczność, w której wreszcie będzie "czas" na oddanie Bogu należnej Mu chwały. Myślę, że modlitwa uwielbienia, która
należy się tylko Jedynemu Bogu powinna być jak najczęstszą modlitwą każdego chrześcijanina.
Inicjatywa poznańskich muzyków: "Bogu Jedynemu Chwała", która powstała w Poznaniu pięć lat temu jest dla mnie
wspaniałym miejscem modlitwy pieśnią. Uwielbienie odbywa się raz w miesiącu, w niedziele. W czasie zimowym (od listopada do
marca), w kościele Ojców Dominikanów, jest połączone ze specjalną Mszą Świętą Uwielbienia. Natomiast w czasie wiosennym i
letnim uwielbiamy Pana w samym sercu miasta Poznania (Plac Wolności, Plac Zamkowy, Plac A. Mickiewicza, Stary Rynek,... czy
Park Wilsona).
Do Wielbienia przygotowujemy się na cotygodniowych próbach. Ten koncert dla Pana Boga jest dla mnie prawdziwym świętem,
spotkaniem z Jezusem, któremu wreszcie mogę tylko dziękować. Czasem mam wrażenie, że nasze Wielbienie jest audiencją przed
Bogiem, który zasiada na swoim tronie i uśmiecha się, kiedy Mu śpiewamy.
Niedzielne Uwielbienie jest też dla mnie jakby punktem kulminacyjnym tego codziennego oddawania czci Panu Jezusowi.
Każdego dnia pragnę żyć na Jego Chwałę, staram się wypełniać moje codzienne obowiązki, tak, aby Mu się podobały. Wielbienie
daje mi niepowtarzalną możliwość wyśpiewania dziękczynienia za to wszystko, co zdarzyło się w minionym czasie. Jasnym jest,
że moje serce zawsze czuje inaczej, na każdym Uwielbieniu. Czasem Duch Święty przychodzi z łaską wielkiej radości i
pokoju, a czasem nie dzieje się zupełnie nic i wtedy uwielbiam Boga w tej nicości, którą jestem, na pustyni mego serca.
Wierze, że taka modlitwa bardzo się Bogu podoba, gdyż jest to modlitwa wierności. Mam ogromne przeświadczenie, że Jezus
wypełnia Sobą moje serce zawsze, za każdym razem przeobficie. Myślę, że po każdym Wielbieniu jestem o kroczek bliżej Jezusa.
Uwielbienie Boga jest dla mnie czystym aktem sprawiedliwości. Jest to oddanie Bogu tego, co sprawiedliwie Jemu się należy.
Oddanie czci Bogu i wywyższenie Go na pierwsze miejsce w moim życiu jest czymś normalnym. Kiedy tak czynię to wszystko jest
na właściwym miejscu. Jezus uczy mnie, bym szukała najpierw Jego Królestwa, a On o wszystko inne już się zatroszczy.
Naprawdę, moje życie jest tego świadectwem. Kiedy Jemu ufam, On czyni moje drogi prostymi i daje pokój serca. Jezus zna
mnie o wiele lepiej niż znam siebie sama, więc naprawdę po cóż się lękać? Plan Boży na moje życie jest nieomylny, wystarczy
oddać Bogu chwałę, by ten plan mógł się pięknie realizować.
Uzdolnienie do uwielbienia Boga jest Łaską, gdyż jest to prawdziwa modlitwa Aniołów, i to my jesteśmy do niej powołani!
Bóg daje pragnienie, byśmy służyli ludziom, aby cały świat kiedyś wyznał, że Jezus jest Panem. Jezus troszczy się o
wszystko, nawet o środki finansowe, które czasem jakby z nieba spadają, by tylko wielbienie mogło się odbyć.
Inicjatywa Uwielbienia w Poznaniu "Bogu Jedynemu Chwała" zaczyna rozrastać się na cały kraj. W Niedzielę Palmową odbędzie
się pierwsze wielbienie w Krakowie, a następnie w Rzeszowie. Myślę, że Uwielbienie jest właśnie tym, o co prosi nas Jezus
Chrystus: szerzeniem Jego Królestwa Miłości i Pokoju. Poprzez te modlitwę Królestwo Boże staje się fizycznie już tu na
ziemi.
Niech Bóg w Trójcy Jedyny będzie uwielbiony w swoich wspaniałych pomysłach i w ich realizacji.
Elżbieta Solińska (śpiewa w chórze poznańskiego wielbienia)
Marzec 2006
© 2001-2011 Inicjatywa Poznańskich Muzyków Bogu Jedynemu Chwała